Zaczęło się od dziury w suficie

To, co za chwilę przeczytasz, to opis sytuacji, które w taki czy inny sposób ukształtowały moje podejście do broni i strzelania. Jednocześnie coś w rodzaju nowego początku. Dotychczasowe wpisy były bardzo spontaniczne i nieregularne. Dlatego uznałem, że wykorzystam sytuacje, które pamiętam i te, które pamiętają inni. Może też stać się rozbudowaną odpowiedzią na pytanie, jak długo strzelam, które od czasu do czasu dostaję. Do tej pory pół żartem odpowiadałem na nie krótko, że urodziłem się z prochem we krwi, bo broń zawsze była w domu. Do tego zasady bezpieczeństwa wbijane do głowy, zanim jeszcze dowiedziałem się, jak istotne realnie są. Poprawnie zbudowane fundamenty to coś, na co kładę duży nacisk przy strzelaniu. Czy wszystkie z opisanych są poprawnie zbudowane? Pewnie nie. Dlatego po tym życiowym wstępie będzie czas i miejsce dla konkretów dotyczących pracy nad zwiększaniem skuteczności i precyzji w obsłudze pistoletu. A na razie zapraszam na wycieczkę w przeszłość. Baw się dobrze.

Pistolet na piłki i dziura w suficie

Mój nieżyjący już dziadek znany był w rodzinie z opowiadania regularnie tych samych historii. Jedna z nich jest bardzo ściśle związana z genezą mojego zamiłowania do strzelania i broni. Zgodnie z wersją dziadka miałem wtedy 9 miesięcy. Żeby dać mi pełną swobodę i otwartość na szukanie własnej drogi życiowej, już wtedy bardzo subtelnie moja uwaga była kierowana bardzo precyzyjnie. Dziadek, który sam zaczął polować w wieku mniej więcej 14 lat, nie miał problemu z wyborem najlepszej zabawki dla wnuka. Pistolet na kolorowe plastikowe piłki. Sam nie wymyśliłbym tego lepiej. Nie wiem, jak wyglądało zapoznanie z zasadami działania. Dalsza część historii jest zdominowana przez wielką radość dwóch uczestników. Dziadka i moją, nie ma żadnych danych, kto cieszył się bardziej, ale frajda ze strzelania to jeden z punktów wspólnych na dalsze lata. Niezależnie od okoliczności i bieżących tematów, które mogły nas dzielić. Tematy strzeleckie były zawsze tymi, które rozbijały wszelkie mury i stawiały wybitnie solidny most porozumienia. Nawet jeśli wiązało się to z przymiarką dziadka do „brzydkiego, plastikowego i zbyt lekkiego” glocka. Na dodatek w absurdalnie dużym kalibrze 9mm. Przecież kilkadziesiąt lat wcześniej zupełnie wystarczający w pistolecie był 6,35. Wróćmy jednak na chwilę do momentu mojego pierwszego strzału. Dał masę radości dwóm uczestnikom, ale zdegustował część pozostałych (korelacja płciowa przypadkowa). Ciężko powiedzieć, co bardziej wpłynęło na takie odczucia. Fakt, że obywatelowi, który nie skończył jeszcze roku, tak bardzo podoba się strzelanie. A może to, że ten strzał zostawił trwały ślad na suficie. No ale nie ta niechęć jest istotna, mimo że utrzymywała się kolejne lata. Nie powstrzymała ona ani mnie przed wzmacnianiem wszystkiego, co ciągnęło mnie do strzelania. Ani tym bardziej dziadka przed utrwalaniem we mnie przekonania, że to dobra, choć nieco hałaśliwa droga.

Kolejnym istotnym etapem tej drogi były moje 6 urodziny. Dostałem wtedy pierwszy pistolet hukowy. Najmniejszy dostępny na rynku model na krótkie naboje 6mm tzw. Flobert. Było to o tyle przełomowe, że ten pistolet nie wyrzucał z siebie kawałka plastiku. Za to robił bum i to całkiem solidne z perspektywy 6-latka. Zwłaszcza jeśli dziadek wpadł na pomysł przyspieszonego kursu obsługi w pokoju pełnym ludzi. Nie zawracał sobie jednak głowy uprzedzaniem ich, że planuje hałasować. Z czasem lepiej rozumiem już reakcje domowników innych niż dziadek, na takie strzały w domu z zaskoczenia. Trudnością nieco komplikującą dobrą zabawę, ale ani trochę nie zniechęcającą, był potwornie twardy spust. I jasne, że 6-latek może mieć nieco zaburzoną perspektywę. Z obecnej perspektywy ten spust ciągle byłby bardzo wymagający, gdyby mieć go w sprzęcie do precyzyjnego strzelania. Do hałasowania sprzęt nadawał się idealnie. Do nauki jakichkolwiek podstaw techniki pistoletowej o wiele gorzej. Może i rozmiar chwytu był względnie dopasowany do rąk 6-latka. Za to przy tej twardości spustu musiałem ściągać go dwoma palcami wskazującymi. A i wtedy było to raczej trudne. Niewykluczone, że to doświadczenie wpłynęło na moje obecne postrzeganie spustów w broni. Nie ma złych, są tylko takie, na których jeszcze nie potrafię odpowiednio pracować.

Wiertarka, czyli nożyk w rękach 4-latka

Cofnijmy się na chwilę w czasie. Noże często są nieodłącznym i komplementarnym elementem zamiłowania do broni i strzelania. Nie będzie pewnie zaskoczeniem, kiedy powiem, że i tu dziadek zadbał o równowagę. Kiedy miałem 4 lata, uznał, że to idealny moment na zaopatrzenie mnie we własny sprzęt. Był to mały pękaty składany nożyk z blokadą ostrza. Na szczęście wystarczająco solidną, żeby uniknąć strat w ludziach. Kolejnym plusem konstrukcji jest stal, która tępi się od patrzenia. Za chwilę zorientujesz się, dlaczego akurat tutaj był to plus. Stal ta, mimo że szybko stępiona, to dość dobrze wgryzła się w ścianę. Skąd taki pomysł? Pojęcia nie mam. Kojarzę strzępy sytuacji, gdzie kilka osób siedzi w pokoju, wszyscy wpatrzeni w telewizor. Stanąłem obok jednego z foteli, otworzyłem moje narzędzie, przyłożyłem do ściany i użyłem jak wiertarki. Szło mi na tyle sprawnie, że dopiero przy drugim otworze ktoś się zorientował, że coś kombinuję. Reakcje po odkryciu moich architektonicznych modernizacji były dwie. Śmiech i podziwianie pomysłowości na jednym biegunie. Na drugim, bardzo delikatnie rzecz ujmując, dezaprobata dla destrukcji i bałaganu. Zupełnym przypadkiem rodzaj reakcji był bezpośrednio skorelowany z płcią.

Więcej prochu, więcej hałasu

Dodatkowym bonusem wspomnianego pistoletu była nasadka do rac. Nagle dużo bardziej polubiłem wyjazdy do znajomych na wieś. To było jedyne miejsce, gdzie po zmroku nikt nie miał pretensji o wysłanie w niebo kilku sztuk. Niestety nie była to zabawka, do której miałem swobodny dostęp. Istniała ograniczająca klauzula „pod nadzorem”. Najczęściej był to nadzór dziadka, który już wtedy wbijał mi do głowy wszelkie kwestie bezpieczeństwa. Trzeba mu przyznać, że zrobił to bardzo skutecznie. Z wielu rzeczy w okolicy broni jestem w stanie żartować. Jednak na kierowanie jej w stronę istot żywych mam bardzo niską tolerancję. Niezależnie czy jest rozładowana.
Po drodze pojawił się jeszcze rewolwer na te same krótkie 6mm ślepaki, ale to nie on był kolejnym istotnym krokiem. Na 9 urodziny dostałem „na własność” coś, co robiło już większe wrażenie. Naboje hukowe 6mm tym razem długie, kilkukrotnie większy ładunek prochu potrafił narobić dużo więcej hałasu, a i race wystrzelić na większą odległość, z czego korzystałem, kiedy tylko była ku temu okazja.

Zabawa tym rewolwerem dała mi bardzo cenną lekcję zrzucania napiętego kurka na pełny bęben. Najgorsze, co się może w tej sytuacji stać, czy to w rewolwerze, czy pistolecie z pełną komorą. Wyślizgnięcie się kurka i uderzenie z prędkością wystarczającą do zbicia spłonki, co powoduje wystrzał. W połączeniu ze zbyt małą do sięgnięcia odpowiednio manipulatorów dziecięcą ręką i twardą sprężyną kurka. Dawanie mi tego do zabawy w tamtym czasie było, delikatnie mówiąc, średnim pomysłem. Plusem jest to, że nauczyłem się bardzo szybko i skutecznie. Był to jedyny przypadkowy strzał w moim życiu. Idąc za powiedzeniem, że strzelcy dzielą się na tych, którzy mieli przypadkowy strzał, albo jeszcze go nie mieli. Mój „obowiązkowy” limit wyczerpałem jakieś 15 lat przed posiadaniem pozwolenia na broń. Przy tym pamiętając historie dziadka, które chętnie przytaczał, o swojej styczności z bronią w podobnym wieku, moje były wręcz laboratoryjnie bezpieczne. Czytając o okolicznościach mojej „lekcji”, możesz domyślić się, że dziadek miał dużo szczęścia, posiadając komplet palców i dożywając zaawansowanego wieku. Dla doprecyzowania, jakie warunki nazwałem właśnie laboratoryjnymi. Po prostu siedziałem na podłodze w pokoju, gdzie byli inni domownicy. Bawiłem się wspomnianym rewolwerem i w pewnym momencie padł strzał. Bardzo skutecznie oderwał każdego od bieżącego zajęcia. Najdelikatniej mówiąc, nie spotkało się to z aprobatą i dyplomatyczną reakcją. Mimo tego sytuacja ta ani trochę nie zniechęciła mnie do broni i strzelania. Nie mogę też wykluczyć, że jej rezultat był wprost przeciwny.

Jako obywatel w wieku niewiele ponad 10 lat, najbardziej przejmowałem się tym, czy sprzęt, który dostaję do ręki działa i robi bum. Wiedziałem, że jest tam jakiś proch, bo przecież lubiłem jego zapach. Gazy, nagary i inne tego typu pierdoły omijały moją uwagę szerokim łukiem. Istotny jest tu fakt, że naboje hukowe, potocznie „ślepaki”, brudzą dużo bardziej. W środku jest tylko proch. Jego wybuchowi towarzyszy mniejsze ciśnienie i nie spala się tak skutecznie, jak w naboju zaopatrzonym w pocisk. To w linii prostej prowadzi do istotnie większego zabrudzenia. Co za tym idzie, szybszego ograniczania funkcjonalności przez nabudowane większe warstwy nagaru.
Do pewnego dnia, kiedy to zapytałem dziadka, co się dzieje, że wyrzut łusek działa dość opornie. Po weryfikacji tego oczywistego w moich oczach defektu wskazał, że defekt owszem istnieje, ale u mnie między uszami. Nie wiem, ile Ballistolu wlał w konstrukcję, ale wystarczająco, żeby ociekający rewolwer odbierać w reklamówce. Z wyraźnym i stanowczym zaleceniem, żeby nieco zmienić podejście. Wtedy też połączyłem fakty, czemu zawsze po powrocie z polowania odbywało się rytualne czyszczenie.

Przy okazji tego zabrudzenia przekonałem się, że widoczny w wielu filmach sposób posługiwania się rewolwerem w rzeczywistości może zniszczyć sprzęt. Chodzi o otwieranie i zamykanie bębna gwałtownym obrotem ręki. Co prawda sam tego nie robiłem, głównie ze względu na to, że owa konstrukcja to uniemożliwiała, ale próbowałem. W inny sposób obciążałem oś bębna, co nauczyło mnie, że jest to raczej wrażliwy element. Znaczna ilość nagaru w okolicy bębna spowodowała opory przy próbie wyrzucenia łusek. Do tego stopnia, że czasami wspomagałem się wyciorem, żeby wypchnąć je pojedynczo. Po kolejnym strzelaniu wpadłem na pomysł, że przecież jeśli coś powinno się ruszać, a chwilowo się nie rusza, to wystarczy przyłożyć większą siłę. I tak ze sporym entuzjazmem naparzałem wyrzutnikiem o to, co znalazłem w okolicy, a było twarde i stabilne. Łuski finalnie wychodziły, co dla mnie było efektem zamierzonym. Po czasie jednak pojawił się niemiły bonus w postaci znacznego luzu na osi bębna. Wykraczającego poza dopuszczalne tolerancje. Oczywiście po solidnym wyczyszczeniu funkcje wyrzutnika wróciły do normy.

Bezpiecznik na właściwym miejscu

O kolejnej sytuacji może nie powinienem wspominać publicznie. Z drugiej strony, nie ma możliwości ukarania za nią kogokolwiek. Pokazuje za to, jak skuteczne było wtłaczanie do głowy zasad bezpieczeństwa. Jednym z obrazów kojarzonych z dziadkiem jest to, że po powrocie z pracy ucinał sobie drzemkę. Często przy stole, na swoim ulubionym krześle. Siedzenie z pistoletem przy boku, kiedy ma się odpowiednią kaburę, wcale nie musi być niewygodne, ale to trochę jakby chodzić po domu w butach. Nie jest to bardzo niewygodne, ale jednak lepiej bez. Idąc tym tropem, kabura z pistoletem gazowym najczęściej trafiała na stół. Znam masę opowieści o tym, jak to ludzie obawiają się mieć broń, kiedy w domu są dzieci. Nawet spełniając ustawowe zobowiązanie do przechowywania w certyfikowanej szafie. Jednak w momencie, kiedy nie jest to zakazany owoc, nie musi być aż tak atrakcyjne. Tutaj łączą się wątki bardzo sztywnego podejścia do zasad bezpieczeństwa i nauki, że broń jest po prostu kolejnym sprzętem w domu. Dzieciak oswojony z bronią niekoniecznie stara się za wszelką cenę wystrzelać wszystkich dookoła, kiedy tylko weźmie ją do rąk. Jak się w moim przypadku okazało, wręcz przeciwnie. Mając mniej niż 10 lat, podchodziłem do stołu. Wyciągałem pistolet z kabury tylko po to, żeby sprawdzić, w jakim położeniu jest bezpiecznik. Kiedy był odbezpieczony, przełączałem go w pozycję zabezpieczoną. Chowałem pistolet z powrotem do kabury i wracałem do zajęć, które wtedy interesowały mnie o wiele bardziej. Prawdopodobnie były to wtedy lego albo kolejny numer Kaczora Donalda.

30-06 bez słuchawek

Kilka lat strzelania z hukowców rozbudziło apetyt na coś więcej. Co prawda gdzieś w międzyczasie pojawiały się pistolety na kulki, z których jakkolwiek dało się celować i czasem trafiać tam, gdzie chciałem. Tylko wtedy chciałem, żeby było głośno i najlepiej z solidnym kopem. Po długich namowach się to udało. Dziadek zabrał mnie na doroczne przystrzelanie (nie mylić z przestrzelaniem) broni. Główny wniosek, jaki mam z tego dziś, to docenienie faktu, jak dobry mam słuch. Najprawdopodobniej miałem dużo szczęścia, że wtedy się trwale nie uszkodził. Na młody organizm takie bodźce działają trochę mocniej, ale niewykluczone, że większy potencjał regeneracyjny uratował sytuację. Niestety dziadek, jeśli chodzi o używanie ochrony słuchu, był raczej jaroszem. Z tego powodu komunikacja z nim była mocno utrudniona przez ostatnie lata. Pewnie już domyśliłeś/aś się tego, że dostałem do rąk coś, co robi naprawdę dużo hałasu i strzelałem z tego bez słuchawek.
Mowa o sztucerze w kalibrze 30-06. Gdybym miał stworzyć listę rankingową najgorszej broni na pierwsze strzelanie, zwłaszcza dla 11-latka, to ten sprzęt byłby na niej bardzo wysoko. To, co do dziś pamiętam z tego strzelania, a minęło od niego ponad 20 lat. To, że po strzale najpierw przez około pół minuty nie słyszałem kompletnie nic. Kolejne pół minuty w uszach był pisk i dopiero później powoli zaczynały docierać do mnie stłumione dźwięki otoczenia. Wspominając to, dziwię się też, czemu mi to za bardzo nie przeszkadzało, pewnie emocje związane z samym strzelaniem wzięły górę. Może dlatego teraz też nie do końca rozumiem ludzi, dla których największą frajdą jest strzelanie z najmocniej kopiących i najgłośniejszych kalibrów. Tak czy inaczej, wtedy poza krótkim niedosłyszeniem bardzo mi się spodobało i chciałem więcej.

W trakcie innej wizyty poza strzelaniem na 100 metrów do sylwetki kozła przeszliśmy na stanowiska z rzutkami. To było parę lat później, wydaje mi się, że miałem wtedy jakieś 14 lat. Pierwsze strzały z bocka, w której to strzelbie paradoksalnie dwie lufy są ułożone pionowo. Od razu do ruchomego celu, bo po co uczyć się czegoś stopniowo. Mimo wszystko skok na głęboką wodę był wtedy skuteczny. Pamiętam, że dostałem 3 techniczne wskazówki, których wdrożenie zadziałało, bo trafiłem więcej celów, niż się spodziewałem. Z zewnątrz wygląda to na dużo trudniejsze, niż może być w rzeczywistości. Na szczęście dobrze to zapamiętałem, bo te same wskazówki zadziałały lata później, kiedy strzelałem z dokładnie tego samego bocka, który teraz jest już mój. Maksymalnie uproszczone fundamenty potrafią być zaskakująco skuteczne.

Prędzej czy później

Mogłoby się wydawać, że to wszystko było wstępem do regularnego strzelania i poprawiania wyników. Może i tak by to wyglądało, gdybym „rozumiał łowiectwo”. Dla mnie sama w sobie broń była wystarczająco ciekawą konstrukcją, a strzelanie genialnym uzupełnieniem i bonusem. Niestety dla kogoś polującego większość życia broń i strzelanie były tylko narzędziem łowieckim. Niewykluczone, że byłoby mi sporo łatwiej zrozumieć łowiectwo, gdyby kiedykolwiek ktoś mi je wyjaśnił. No ale nie o tym ta historia. Istotne jest to, że mimo dosłownie kilku wizyt na strzelnicy, już wiedziałem, że będę mieć pozwolenie na broń. Prędzej czy później. Finalnie okazało się, że jednak później. Okazało się, że najpierw potrzebuję zaktualizować wiedzę.

Temat był gdzieś w tle przez lata i nie bardzo interesowałem się przepisami. Przez pewien czas myślałem, że po skończeniu 18 roku życia dołączę do koła i dostanę pozwolenie do celów łowieckich. Z tym że jak wcześniej wspomniałem, bardziej interesowała mnie sama broń niż łowiectwo. Mieszkając w Bydgoszczy, zobaczyłem któregoś dnia plakat. Dotyczył spotkania na temat broni i regulacji dotyczących pozwoleń. Jeszcze wtedy bazowałem głównie na wiedzy przekazywanej przez dziadka, która okazała się dalece nieaktualna. Równie nieaktualna, co nieprecyzyjna w jakimkolwiek zakresie innym niż łowiecki. Z tego powodu myślałem jeszcze wtedy, a był to rok 2016, że pozwolenie owszem można dostać, ale do celów sportowych jest dostępne tylko w kalibrze 22lr. Bez upierania się przy tych strzępach informacji poszedłem na spotkanie. Posłuchałem człowieka zarządzającego strzelnicą, przy okazji rozstawili kilka stołów ze sprzętem. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, co trzymam w rękach. Korzystając z okazji, zadałem kilka pytań, żeby zweryfikować informacje, jakie wtedy miałem. Na szczęście stan faktyczny był o wiele korzystniejszy, niż mi się wydawało. Co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że „kiedyś” będę miał własny pistolet.

Sam nie do końca rozumiem, skąd wcześniejsza bardzo konkretna decyzja o pistolecie. Tym bardziej że nie miałem okazji wcześniej strzelać z takiej broni. Jakaś część mnie dobrze wiedziała, że to dobry pomysł. Wizyta na strzelnicy i pierwsze strzały były przełomowym momentem. Wychodząc z budynku, wiedziałem, że zaczyna się prosta droga do pozwolenia. Zacząłem szukać w sieci informacji. Wtedy kolejny mit rozwiał się w mojej głowie. Cała procedura okazała się względnie prosta. Konkretne kroki do odhaczenia. Najbardziej miarodajne porównanie w kategorii poświęconego czasu, zaangażowania, nauki i (w roku 2019) kosztów, to kurs prawa jazdy. O samym egzaminie nie będę się rozpisywać, bo na ten temat materiałów nie brakuje. Skupię się na tym, co bardzo zajęło mi głowę, już po zakupie. Tak jak najczęściej jestem cierpliwy. Tak po pierwszego Glocka poszedłem 5 dni po operacji przepukliny, jeszcze w pasie stabilizującym. Po tym zaczęło się analizowanie. Szukanie sposobów na większą precyzję, stabilność. Zgłębianie biomechaniki i tego, co dobrze mieć w głowie, a czego tam nie mieć w trakcie strzelania. To, czego się dzięki temu nauczyłem, rozwinę w, mam nadzieję, niedalekiej przyszłości. A żebyś się nie nudził/a, czekając, mogę zaproponować zestawienie 7 kluczowych elementów celnego strzału. Zostawiając mi maila, masz pewność, że nie ominą Cię aktualizacje i prześlę Ci wspomniany dokument.

Pamiętaj
Wszystkowczarnym to nie kwestia talentu. To solidne fundamenty, powtórzone poprawnie tyle razy, ile trzeba.
Szymon